Kanton czyli Guangzhou

 

Nie wszędzie w Kantonie jest nowocześnie. Wciąż można znaleźć miejsca, które pamiętają inne czasy.

Dzień zaczęliśmy od wycieczki do hotelu DoubleTree by Hilton, w którym chcieliśmy odebrać identyfikatory na Targi Kantońskie. Do hotelu dotarliśmy łatwo, ale już na miejscu trochę się nastaliśmy w kolejkach. Na koniec okazało się, że niepotrzebnie, bo w punkcie wydawania identyfikatorów nie było kolejki. Nie było żadnej informacji, ani tabliczki, więc staliśmy w dwóch kolejkach do zameldowania.  

Chodniki są tu miejscem nie tylko dla pieszych. Jeżdżą po nich też rowery i, co gorsza, elektryczne skutery. Nie słychać ich, więc trzeba uważać. Na jednym z przejść dla pieszych z naprzeciwka ruszyło ich chyba kilkanaście. I to tyralierą, całą szerokością przejścia.

Po drodze do hotelu natrafiliśmy na okazały budynek. Jak się później okazało jest to dom pamięci po Sun Yat-sen, chińskim komuniście, jednym z założycieli Chińskiej Republiki Ludowej. Nie wiele brakowało, że poszlibyśmy zwiedzać ten przybytek. Wejście było biletowane, ale stosunkowo tanie.

Wśród tych wieżowców jest też wspomniany wcześniej hotel.

Gdy w końcu dostaliśmy te identyfikatory, skierowaliśmy nasze kroki w stronę parku Yuexiu, zwanego też górą Yuexiu. Zaczęliśmy od zdobycia tej góry. Nie było łatwo, bo termometr wskazywał 31 stopni, a schody wydawały się nie mieć końca. 

Kanton bywa nazywany Miastem Baranów. Według legendy, pięć niebiańskich istot przybyło na baranach, przynosząc mieszkańcom ryż i życząc wiecznej wolności od głodu, co dało początek miastu.

Park jest rozległy, a jego powierzchnia to aż 860 000 m2.

W oddali majaczą wieżowce, ale dominująca jest tu zieleń i miasta często nawet ani nie widać, ani nie słychać. Z ukrytych po krzakach głośników dociera od czasu do czasu chińska muzyka.

Sprzątania jeszcze nie przejęły maszyny i dalej potrzebni są ludzie. W parku Yuexiu było ich całkiem sporo.

Na terenie parku jest też stadion.

Mur po prawej pamięta jeszcze czasy dynastii Ming. Jest też wieża Zhenhai z 1380 roku, ale akurat była zakryta rusztowaniami.

W parku nie brakuje urokliwych zakątków.

Są też trzy sztuczne jeziorka. W jednym wypatrzyłem ogromną rybę.

Wszystkie napisy są tylko po chińsku, więc nie wiadomo czego dotyczą. Przynajmniej bez użycia tłumacza.

Na kilku drzewach można podziwiać orchidee.

Był też czarny łabędź. Akurat drażniła go jakaś Chinka.

Z parku pojechaliśmy metrem na poszukiwanie świątyni Hualin. To jedna z 4 głównych świątyń buddyjskich w Kantonie. Świątynia została założona w 527 roku i słynie z 500 pozłacanych posągów przedstawiających uczniów Buddy. Rewolucja kulturalna w Chinach nie obeszła się z nią zbyt łaskawie, ale później ją odrestaurowano. 

Dzięki temu trafiliśmy do mniej nowoczesnej części Kantonu.

Tutaj czas jakby się zatrzymał. Jedyna nowoczesność to wszechobecne skutery.

Ktoś z mieszkańców miał papugę. Nawet mogłem ją potrzymać.

Później trafiliśmy na ogromny targ z biżuterią z różnych minerałów.

Wieżowiec - nieco starszy, ale równie imponujący.

Poza papugą spotkaliśmy też gromadkę żółwi wygrzewających się na słońcu.

Odnalezienie świątyni trochę trwało, bo nawet chińska Amapa podawała złą lokalizację. Sam też trochę błądziłem w tych labiryntach uliczek.

W hali 500 arhatów są ołtarzyki, przy których często ktoś przyklęka.

Posągi znajdują się gablotach, a cała hala jest poprzecinana wieloma korytarzami.

Plac w okolicy Shanghai Street. To miejsce podobne do odwiedzonej wcześniej Beijing Road, ale nieco skromniejsze.

W pobliżu było sporo restauracji serwujących owoce morza, a że byliśmy już nieco głodni to zdecydowaliśmy się, aby ich spróbować.

A to nasze przekąski.

I mały dodatek.

Przy Shanghai Street też jest mnóstwo sklepów, w tym kilka wariacji ze słowem Polo w nazwie. Wszystkie mają w logo gracza polo, ale w różnych pozach. Jakość raczej przeciętna, nie dorównująca oryginałowi. 

Jedna z wąskich uliczek tej części Kantonu.

W tle majaczą bardziej nowoczesne budynki.

Była papuga i żółwie, to teraz małe kotki. Od czasu do czasu można też spotkać jakiegoś kota na wolności. Zwykle są szare i raczej niedożywione.

Z jednej strony nowoczesne auto, a z drugiej wózek z mnóstwem worków. Takie tutaj kontrasty.

Idąc w kierunku wyspy Shamian natrafiliśmy na pasaż z przyprawami, orzechami i suszonymi owocami.

Most prowadzący na wyspę został "pokonany" przez inny, bardziej współczesny most.

Wyspa Shimian jest popularnym miejscem wśród różnej maści influencerów i dziewcząt, które chcą sobie zrobić zdjęcie z oryginalnym tłem. 

Oryginalność wynika z tego, że to miejsce dawnej koncesji brytyjskiej i francuskiej, pełne europejskiej architektury i budynków w stylu kolonialnym.

Środkiem wyspy ciągnie się park z deptakiem. 

Rzeka Xi.

Kaplica Matki Boskiej z Lourdes.

Wnętrze jest raczej skromne.

Na wyspie Shamian jest polski konsulat. Przechodziliśmy obok, ale chyba go minęliśmy.  

Promenada przy rzece Perłowej ciągnie się bardzo długo. Do końca nie doszliśmy.

Chciałem jeszcze pójść do katedry, ale okazało się, jest zamknięta i nieoświetlona. Ciężko było ją znaleźć, bo tym razem Google Maps pokazywało zupełnie inne miejsce. Generalnie Google Maps w Chinach zawodzi.

Na placu toczy się zwyczajne życie, a katedra przy nim wydaje się martwa.
Do hotelu pojechaliśmy taksówką zamówioną przez aplikację Didi.






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Oblicza Hongkongu

Do Hongkongu przez Finlandię i Chiny (9-10.04.2026).

Wielkie Jabłko od nieco innej strony