Oblicza Hongkongu
Hongkong ma stosunkowo niewielką powierzchnię i przez to mieszkania nie są zbyt duże. Sporo osób mieszka w czymś, co w Warszawie sprzedaje się jako mikrokawalerki. Hotele w rozsądnych cenach też są ekstremalnie ciasne.
To widok z okna naszego "luksusowego" pokoju.
A oto i sam pokój. Dzisiaj druga noc i wygląda na to, że już przywykliśmy do tych spartańskich warunków. W każdym razie więcej jest śmiechu niż narzekania.
Na śniadanie poszliśmy do tej samej jadłodajni, w której byliśmy wczoraj wieczorem. Wziąłem zupę z owocami morza. Była całkiem dobra. W środku jest też sporo ryżu, więc na prawdę można się było najeść.
Początkowo w planach było zobaczenie posągu Bruce'a Lee, ale gdy się okazało, że przypadkiem jesteśmy blisko przystani promowej to zmieniliśmy plany.
Takie roboty kojarzą mi się z wyspą Odaiba w Tokio, ale widać, że tutaj też dotarły.
W drodze na prom linii Star Ferry, która zawiezie nas na wyspę Hongkong.
Przy kupowaniu nie obyło się bez przygód, bo automat nie wydał nam tylko jeden bilet. Nie wiedzieliśmy, że powinny być osobne i z tym jednym poszliśmy do bramki. Okazało się, że maszyna się zepsuła, ale aby nie tracić czasu kupiliśmy nowe bilety i ruszyliśmy ku przygodzie.
Górny poziom promu. Wracaliśmy na dolnym poziomie i, moim zdaniem, górny jest lepszy. Więcej przestrzeni i nie śmierdzi ropą.
Droga z promu prowadziła nas przez różne budynki, cześć to były galerie handlowe, inne bardziej sztuki, a część to chyba były jakieś biurowce. Szło się przyjemnie, bo była klimatyzacja.
Na zewnątrz może nie aż tak upalnie, bo jakieś 25 stopni, ale bardzo duża wilgotność potęgowała uczucie gorąca.
Przy wodzie zawsze trochę przyjemniej. Nawet takiej niewielkiej.
Piętrowe tramwaje to coś charakterystycznego dla Hongkongu. Nie wiem, czy jeszcze gdzieś na świecie można takie spotkać.
Zadziwiające, że przy tak wysokich cenach ziemi w Hongkongu jest całkiem sporo terenów zielonych.
Ulic też nie brakuje i ruch pieszy często odbywa się różnymi kładkami i pasażami poprowadzonymi ponad poziomem dróg.
Zbliżamy się do Edward Youde Aviary, czyli miejsca dla miłośników ptaków.
Jest tam ich całkiem sporo i część z nich jest całkiem blisko. Przynajmniej, jak na dzikie ptactwo. Chociaż cały teren jest otoczony siatką, więc wolne te ptaki nie są.
AI podpowiada, że to ryżowiec siwy.
Spaceruje się po takich tarasach. O dziwo, wstęp jest darmowy.
To podobno szpak balijski.
A to drzewo to figowiec groniasty.
Z ptaszarni skierowaliśmy się w stronę Victoria Peak, czyli Wzgórza Wiktorii. W planach był wjazd tramwajem, ale że były siły i ochota, to zaczęliśmy mozolną wspinaczkę. Początkowo szliśmy przez miasto natrafiając po drodze na różne atrakcje, jak ta na zdjęciu.
Po drodze raczyliśmy się widokami dżungli, głównie tej betonowej.
Ale od czasu do czasu też trafiał się jakiś park, w którym można było podziwiać okoliczną florę.
Mieszkańcy Hongkongu mają gdzie spędzać czas wolny. Pytanie tylko, czy go mają. Ten widok, przez 24 godziny na dobę, podziwia statua króla Edwarda VI, oczywiście brytyjskiego.
Po drodze trafiliśmy na mały ogród zoologiczny. Też był za darmo.
Trochę bardziej wyrośnięty okaz paprotki.
A to katedra katolicka, malowniczo wciśnięta między wierzowce.
W środku nie mogło zabraknąć obrazu "Jezu ufam Tobie".
Miasto ma wiele poziomów. Cześć ruchu idzie dołem, część górą, a ludzie spacerują gdzieś pomiędzy.
Już wspięliśmy się na tyle wysoko, że można było zobaczyć Hongkong z góry. Niestety niebo było mocno zachmurzone i wrażenie było niepełne. Chociaż, patrząc z innej strony, te chmury też dodają uroku.
Idziemy dawną drogą wiodącą na szczyt wzgórza, czyli Old Peak Road.
Po drodze było sporo przyrody.
Dotarliśmy do głównej atrakcji, ale Google Maps kierowało nas jeszcze wyżej.
Większość turystów dociera właśnie tutaj.
My zrobiliśmy sobie tylko małą przerwę, między innymi na lody.
Turyści są z całego świata. Ten wygląda na Japończyka.
Główną atrakcją są jednak widoki.
Można je oglądać z okolicznych alejek.
Albo ze szczytu galerii handlowej o nazwie The Peak Tower. Ostatecznie tylko połowa naszej grupy skorzystała, bo wstęp był płatny i to całkiem sporo. Widok nie zachwycił przez niskie chmury.
Podobnie było na szczycie, do którego w końcu dotarliśmy. Wokół było tylko mleko.
Chyba, że spojrzeć pod nogi. Wtedy można było coś dostrzec.
Wracaliśmy inną, bardziej urokliwą trasą.
Kolejna fontanna i parka turystów.
Tymczasem zaczął zapadać zmierzch.
Zrobiliśmy jeszcze trochę zdjęć nocnego Hongkongu.
Który cały czas był spowity lekką mgiełką.
Na dół zdecydowaliśmy się jechać tramwajem, który bardziej przypominał naszą kolejkę na Gubałówkę.
Z dolnej stacji kolejki do przeprawy promowej był całkiem spory kawałek.
Szliśmy zupełnie inną trasą niż wcześniej.
Ponownie spotykając piętrowe tramwaje.
Trasa wiodła tuż obok tej podróbki London Eye.
Po przetransportowaniu się na naszą część miasta zdecydowaliśmy się odwiedzić okoliczny nocny market.
Skusiliśmy się na soki. Tutaj pani przygotowuje dla mnie sok z smoczego owocu. To ten różowy okaz z zielonymi wypustkami.
Na markecie były różne przekąski, a także sporo tekstyliów i pamiątek. Tu sklep w jednej z bocznych uliczek.
Zjedliśmy posiłek w okolicznym barze. Zdecydowałem się na makaron z krewetkami.
A to danie z krabów. Prawda, że wyglądają sympatycznie? ;-)
























































Katedra piękna, urokliwe jest też zdjęcie otwartej altanki we mgle. Noc pełna kolorów. Pozdrawiamy serdecznie.
OdpowiedzUsuńWzajemnie :)
Usuń