Odrobina przygód w drodze do Kantonu

 Opuściliśmy dzisiaj Hongkong, ale łatwo nie było. Szczegóły dalej.


Kanton nocą przypomina Tokio.

Jak zwykle późno wstaliśmy, ale już wczoraj ustaliliśmy, że weźmiemy taksówkę na dworzec kolejowy. Chciałem skorzystać z aplikacji Didi, chińskiego odpowiednika Ubera. Ni do końca się udało, bo kierowcy nie przyjeżdżali. Czas nas gonił, więc zaczęliśmy łapać taksówki z ulicy. Dopiero druga nas zabrała. Kierowca znał angielski na podstawowym poziomie i był bardzo rozmowny. Dał nam trochę wskazówek dotyczących dworca kolejowego oraz Kantonu.  

Jechaliśmy dłuższą trasą niż w aplikacji, ale koszt był podobny. 

Jedną z porad taksówkarza był zakup jedzenia od razu, bo po bramkach nie ma już gdzie tego zrobić. Zadowoleni poszliśmy dalej i tu zaczęły się schody. Trzeba było przejść przez bramki dworcowe, później kontrolę wyjazdową, wjazdową do Chin. Przy tym stać w kolejkach, dwa, czy trzy razy skanować bagaże, walczyć z problemami ze skanowaniem paszportów i najgorsze, wypełnić przez internet ten sam formularz, co na lotnisku. W tym formularzu podaj się mnóstwo szczegółów i tym razem nikt nam nie pomagał, więc zajęło to mnóstwo czasu. Nie pomagał nam stres, bo wszystko wskazywało na to, że nie zdążymy. I nie zdążyliśmy. Okazało się, że biletów nie można przebukować i straciliśmy po 100 zł na głowę na zakup nowych. Na szczęście kolejny pociąg jechał za pół godziny.

Jechaliśmy szybką koleją, ale dopiero na koniec zauważyłem, że na wyświetlaczu pojawia się prędkość. Zaczęliśmy od skonsumowania naszych zestawów, bo od rana nic nie jedliśmy. Oprócz tego co widać na zdjęciu, była jeszcze kawa. 

Pociąg trochę przypomina nasze pendolino, ale jest chyba trochę szerszy. Nie zauważyłem w nim gniazdek, ani normalnych, ani USB.

Po drodze było trochę wieżowców mieszkalnych, ale głównie pola i tereny zielone.

Zauważyliśmy uwiązany na linie sterowiec. Pewnie służy do celów meteorologicznych.

Podróż upłynęła dosyć szybko (1h25) i dopiero w ostatniej chwili wpadłem na to, że wypadałoby sfotografować pociąg, którym jechaliśmy.

Do hotelu pojechaliśmy taksówką z aplikacji Didi, Na lotnisku było sporo taksówkarzy, którzy chcieli nas zabrać, ale wolałem wiedzieć ile zapłacę. Zwłaszcza, że do hotelu było prawie 50 km. Chwilę zajęło nam ustalenie, gdzie powinniśmy czekać, ale koniec końców wszystko się udało. Jechaliśmy chińskim elektrykiem prawie godzinę. Zapłaciliśmy za tę przyjemność nieco ponad 50 zł. Jak widać, taksówki są tu tanie. 

To nasz hotel. Tu też było trochę przygód, bo chcieliśmy zmienić pokoje na inne. Ostatecznie zrezygnowaliśmy, bo trzeba by było zapłacić 50% więcej. Obsługa się nie pokapowała i trzeba było wszystko odkręcać. Rozmawialiśmy mówiąc po polsku do ich telefonu, więc może tłumaczenie nie było precyzyjne. 

W lobby hotelowym można sobie poczytać. Jeśli ktoś potrafi.

To jeden z naszych pokoi.

A to łazienka. Standard trochę wyższy niż w Hongkongu i wcale nie drożej. Zapłaciliśmy około 1000 zł za dwa pokoje i trzy doby.

Zaraz obok hotelu jest restauracja. Nie wiedząc, że porcje będą takie duże, nazamawialiśmy różnych przekąsek, że aż nie daliśmy rady wszystkiego zjeść.

Na zdjęciach tylko część z nich.

O dziwo, wszystko było smaczne.

I nie pikantne. W przeciwieństwie do zestawu z dworca, który miał w składzie pieprz syczuański i może jeszcze coś pikantnego, bo był dosyć ostry.

Aż ciężko było się ruszyć po tym posiłku.

Zdecydowaliśmy, że pójdziemy w miasto, aby chociaż spalić chociaż część z tych kalorii.
Niektóre przejścia nad drogami są bardzo finezyjne. Tutaj jest to okrąg, do którego prowadzą schody z każdej strony.

Ruch był jeszcze całkiem spory pomimo, że było już po 21:00.

Dotarliśmy na plac w okolicach polecanej przez taksówkarza Beijing Road. 

Obok jest okazała buddyjska świątynia i kręci się sporo ludzi, głównie młodych.

Wokół jest sporo galerii i różnych sklepów.

Widać, że to popularne miejsce spotkań.

Część dziewczyn jest oryginalnie ubrana. Prawdopodobnie dlatego, że robią sobie tutaj sesje fotograficzne. Widać też fotografów, którzy zarobkowo robią zdjęcia i chodzą ze swoim portfolio.

Okazało się, że można wejść do niektórych pomieszczeń tej świątyni, z czego nie omieszkaliśmy skorzystać.

W środku był budda.

I albo młody Budda, albo jakieś hinduistyczne bóstwo.

Na głównym maszcie dumnie powiewa chińska flaga. Widać ich tu całkiem sporo.

Po Beijing Road też kręciło się sporo młodzieży. Na każdym kroku byli też nachalni sprzedawcy podrabianych zegarków.

Ludzie pracują tu bardzo długo i spora część z nich też ciężko.

Bogatsi mają czas na zabawę i przyjemności. Tutaj trwa sesja fotograficzna dwójki niesfornych maluchów.

Po 22:00 ludzie zaczynają się przerzedzać i gaśnie podświetlenie buddyjskiej świątyni.

Chcieliśmy kupić kawę od robota, ale chyba był zepsuty.

Może ta parka miała więcej szczęścia i dostali swoje lody. 

Na mieście spotkaliśmy trójkę wesołych Polaków, którzy przyjechali tu na targi. Co chwila ich potem spotykaliśmy. Na koniec zdecydowaliśmy się na zabieg czyszczenia uszu. W moim wypadku było to spore wyzwanie, bo nigdy czegoś takiego nie robiłem. Mam teraz przez trzy dni uważać, aby woda nie dostała się do uszu. Zdjęcia z tego zabiegu nie zrobiłem. Może jutro zrobię sfotografuję sam gabinet. A tymczasem trzeb iść spać.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Oblicza Hongkongu

Do Hongkongu przez Finlandię i Chiny (9-10.04.2026).

Wielkie Jabłko od nieco innej strony