Do Hongkongu przez Finlandię i Chiny (9-10.04.2026).
Zmęczenie po podróży niemałe, więc nie będę przynudzał tylko wrzucę trochę zdjęć i spróbuję je opisać.
Do Helsinek lecieliśmy na śmigłach, co nieczęsto się zdarza.
Na lotnisku w Helsinkach jeszcze świętują Boże Narodzenie.
Do Pekinu już większą maszyną. O dziwo, ponad 5 godzinny layover w Helsinkach zleciał nam zadziwiająco szybko.
Pierwsze danie, które linie China Southern Airlines nam zaserwowały.
Polski akcent w chińskiej maszynie. Mimo dwóch ostatnich nocy, przez które łącznie spałem może 5 godzin, nie bardzo chciało mi się spać. Lot trwał ponad 8 godzin i w tym czasie obejrzałem film "Jedna bitwa po drugiej" z Leonardo DiCaprio i Seanem Pennem. Film zdobył 6 statuetek Oscara w tym roku. Aż tak mi się nie spodobał, ale może to przez braki w angielskim.
Na lotnisku w Pekinie nie mogło zabraknąć gwiazd i to wcale nie ekranu, czy estrady...
Większym entuzjazmem niż gwiazdy, cieszył się automat wydający darmową gorącą i zimną wodę. Zimną można było nalać sobie do takiego małego różka. Nie omieszkaliśmy z tego skorzystać.
Posiłek z lotu do Shenzhen. Lot trwał ponad 3 godziny. W Pekinie musieliśmy czekać jakieś 2,5 godziny, ale też szybko to zleciało. Musieliśmy załatwić sobie bilety na kolejny odcinek i wypełnić jakieś dokumenty wjazdowe (w telefonie). Przeszliśmy też kontrolę paszportową, połączoną ze skanowaniem wszystkich palców. Przy okazji straciłem też powerbanka, bo chociaż był wyprodukowany przez Xiaomi, to nie miał oznaczenia CCC, którego Chiny teraz wymagają. Dobrze, że mi ładowarki nie zabrali, bo słyszałem, że też się czepiają.
W Shenzhen odebraliśmy tylko bagaże i ruszyliśmy na poszukiwanie autobusu, który miał nas zawieźć do Hongkongu. Bilet kosztuje 120 juanów na osobę. Zanim dotarliśmy do właściwego miejsca próbowało nas przechwycić sporo naciągaczy. Też na autobus i w tej samej cenie, ale potem okazało się, że do granicy to już mamy wziąć taksówkę. Granica nie jest może aż tak poważna jak wjazdowa do Chin, ale też trzeba się pokazać z paszportem, najpierw opuszczając Chiny, a później wjeżdżając do Honkongu. Robi się to na piechotę, a po drugiej stronie czeka już inny autobus. Na zdjęciu przystanek już po stronie Hogkongu.
Te przejścia przypomniały mi trochę Nowy Jork, ale tu rusztowania są bardziej eko.
Po zakwaterowaniu w naszym malutkim pokoju, którego zapomniałem sfotografować, poszliśmy coś zjeść. Wybraliśmy restaurację z kuchnią kantońską. Oceny miała wysokie, ale nic specjalnego. Zdjęcia też nie zrobiłem.
Trochę widoków z wieczornego Hongkongu. Tutaj po stronie Kowloon, a dokładniej w Tsim Sha Tsui.
Powiększona wersja statuetki będącej nagrodą w Międzynarodowym Festiwalu Filmowym, którego 50 edycja właśnie kończy się w Hongkongu.
Widok na wyspę Hong Kong.
Promenada jest pełna ludzi odpoczywających od upału i podziwiających widoki.
Na koniec, już w niepełnym składzie, odwiedziliśmy jeszcze jedną restaurację. W tej bardziej nam zasmakowało.
Tu zupy zamówione przez Chinki ze stolika obok.
A to i sama restauracja. Jutro też tam pójdziemy.
W międzyczasie zrobiła się 2:30 i czas spać, bo snu mam jak na lekarstwo.






















Komentarze
Prześlij komentarz