Krótka wizyta w Makau

 

Plan na niedzielę przewidywał wizytę w pobliskim Makau. Już w XVI wieku osiedlili się tam pierwsi portugalscy kupcy i tym samym jest to najstarsza kolonia w Chinach. Portugalczycy oddali ten teren Chinom w 1999 roku, ale przez 50 lat Makau ma zagwarantowaną autonomię i funkcjonuje na podobnych zasadach co Hongkong, mając własną walutę i kontrolę na granicy.

Ruiny katedry Św. Pawła w Makau

Plan zakładał przeprawę promem z widocznego na zdjęciu Terminala Chińskiego. Początek nie poszedł zbyt sprawnie, bo nie dość, że przez jet lag śpimy zbyt długo, to jeszcze nie mogliśmy znaleźć wejścia na ten terminal. Okazało się, że trzeba było wchodzić przez jakąś galerię handlową, spory kawałek od samego terminala. 

Gdy już tam dotarliśmy to usłyszeliśmy, że prom już stąd do Makau nie pływa, ale jest alternatywa w postaci autobusu (160 HKD/osobę). Gorące podziękowania należą się ChatGPT, który mi zaproponował ten nieistniejący prom.

Nie załapaliśmy się na prom, ale za to przejechaliśmy mostem, który w momencie zbudowania (w 2018) był najdłuższym morskim mostem na świecie. Całość tej przeprawy drogowej, na którą składają się tunele, sztuczne wyspy i kilka mostów, obejmuje odcinek 55 kilometrów.

Po drodze były dwa przejścia graniczne, jedno na początku przeprawy, a drugie na końcu, już na obszarze Makau. Oba w olbrzymich budynkach, kompletnie nieprzystających do ruchu, który się tędy odbywa. Przynajmniej wtedy, gdy my tam byliśmy. Samo przemieszczanie się tymi gmaszyskami wymagało sporo czasu. Na koniec okazało się, że autobus zostawił nas spory kawałek od centrum i aby dotrzeć na miejsce trzeba było skorzystać z autobusu miejskiego (linia 110). Autobus kosztował 6 MOP za osobę i przyjmowali tylko gotówkę. MOP to pataca, czyli lokalna waluta Makau. Na szczęście można było płacić dolarem hongkońskim, w przeliczeniu 1 do 1. 

Makau różni się architektonicznie od Hongkongu. Widać to chociażby po tych podcieniach.

Zabudowa centrum zachowała swój kolonialny koloryt i nie jest tak monumentalna jak Hongkongu. Chociaż na obrzeżach widać już większe budynki. Powstaje też wiele nowych, już wysokich.

Largo do Senado, czyli Plac Senacki.

Plac Senado to centrum starego Makau

Pobliski kościół Św. Dominika.

Kościół został wybudowany w 1587 roku, czyli ma już blisko 450 lat. Trzeba przyznać, że sporo.

Odwiedziliśmy dzisiaj dwa miejsca z rekomendacjami Michelin. To pierwsze z nich.

Zamówiliśmy pork chorp, czyli kawałek schabu z kością w bułce, z dodatkiem jajka. Bułka była spora, a kawałek mięsa jeszcze większy. Danie proste, ale smaczne.

Nie tak łatwo znaleźć to miejsce, bo mieści się na końcu tej ślepej uliczki.

Ludzi na ulicach nie brakuje. Z wyglądu wydają się inni niż ci w Hongkongu. Nie wiem, czy to miejscowi, czy turyści z Chin.

Kolonialny klimat Makau.

W tle ruiny katedry Św. Pawła, która onegdaj była największym kościołem katolickim w Azji Wschodniej. Budowa została ukończona w 1637 roku, ale nie miała szczęścia. Już po niespełna dwustu latach, w 1835 roku, spłonął w pożarze spowodowanym przez tajfun. Był to już trzeci pożar tej świątyni. Po nim zostało to, co widać obecnie, czyli jedynie fasada i prowadzące do niej schody.

Z tyłu jest małe muzeum, ale niewiele w nim eksponatów. Pozostałości katedry, podobnie jak plac Senado, zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Widok spod katedry.

Kolejnym punktem programu była znajdująca się na pobliskim wzgórzu Fortaleza do Monte. 

Z fortu roztacza się panoramiczny widok na miasto.

W tle "Złoty Lotus" z Makau, czyli liczący 261 m wieżowiec Grand Lisboa.

Widok na starszą część Makau.

Na terenie fortecy znajduje się też Muzeum Makau.

Uliczki potrafią być naprawdę strome.

W Makau cały czas widać portugalskie wpływy. Napisy są po chińsku i po portugalsku. Można też kupić potrawy znane z Portugalii...

jak np. pasteis de nata, czyli babeczki z ciasta francuskiego z budyniem w środku. Tutaj w towarzystwie zielonej herbaty z jaśminem.

Ostatnim punktem programu była Rua de Felicidade. Po niej musieliśmy w ekspresowym tempie udać się w kierunku przeprawy promowej. Będąc w forcie zdecydowaliśmy się wracać promem, który co prawda płynie na wyspę Hongkong, a nie do Kowloon, ale za to jest szybszy niż autobus. Jak się później okazało odprawy graniczne też są znacznie szybsze.

Tym czerwonym stateczkiem płynęliśmy do Hongkongu. 
Najpierw było trochę stresu. Kupiliśmy bilety na 18:00 i zostało nam 30 minut na przemieszczenie się do terminala portowego. W aplikacji Trip.com był to ostatni prom tego dnia. 
Wg Google'a powinniśmy być na styk, a to trochę za późno biorąc pod uwagę te odprawy graniczne. Dlatego zdecydowaliśmy się wziąć taksówkę. Ciężko było się dogadać z taksówkarzem, ale ostatecznie się udało. Na szczęście mieliśmy jeszcze 100 HKD, bo taksówkarz przyjmował tylko gotówkę. Ostatecznie zapłaciliśmy 47 dolarów. Okazało się też, że sami poszlibyśmy w złe miejsce, więc mieliśmy trochę szczęścia.   

Wnętrze promu. 
Na miejscu okazało się, że jest jeszcze kilka promów tego dnia. Pływają co godzinę i ostatni był o 22:00, więc trochę niepotrzebnie tak się spieszyliśmy.

Most do Hongkongu widziany z wody.

Tym razem z wyspy do Kowloon pojechaliśmy metrem. Jak się okazało, można po prostu przyłożyć kartę bankomatową do bramki, aby wejść na stację. To bardzo wygodna opcja.

Pojechaliśmy trochę bardziej na zachód od naszego lokum i trafiliśmy na taki oryginalny budynek. Odbywał się tam chyba jakiś koncert, bo było sporo młodzieży.

Dalej poszliśmy wzdłuż wybrzeża w kierunku kolejnego punktu programu.

Po drodze spotykaliśmy innych spacerowiczów.

A to ten punkt programu - pomnik Bruce'a Lee, który co prawda urodził się w San Francisco, ale w Hongkongu rozpoczął swoją karierę filmową i tutaj zmarł.

Hongkong jest dumny z swojej kinematografii.

Na koniec odwiedziliśmy jakiś bar.

Odwiedziliśmy okoliczny park, do którego prowadzą te schody.

W parku jest galeria jakichś postaci, prawdopodobnie z chińskich bajek.

Mi żadna z tych postaci nic nie mówiła. Poza tą, która przypominała Marilyn Monroe.

Odwiedziliśmy też kolejną z knajpek z rekomendacją Michelin.

Tutaj zjedliśmy ręcznie robiony makaron z krewetkami.

Hongkońska taksówka.

Zawędrowaliśmy aż na nocny market, na którym byliśmy wczoraj. Tam skusiliśmy się na owoce morza, ale nie te ze zdjęcia.

To nasz wybór.

A to dokładka. Tu już trochę wybrakowana, bo jeden egzemplarz uciekł już z talerza.

To już pożegnanie z Hongkongiem. Jutro jedziemy do Kantonu, czyli wracamy do Chińskiej Republiki Ludowej.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Oblicza Hongkongu

Do Hongkongu przez Finlandię i Chiny (9-10.04.2026).

Wielkie Jabłko od nieco innej strony